A było tak:
Najpierw zabsorbowała nas produkcja kalendarza dla najbliższych:
Praca cięzka ale szcześliwym trafem modelki w doskonałych (powiedziałabym szampańskich nastrojach) sprawnie wspołpracowały - trudniej było wybrać 12 z prawie 300 zrobionych zdjęć.
Potem pochłonęły nas bez reszty przygotowania do Wigilii, która w tym roku po raz pierwszy odbyła się w naszym domu, w bardzo rodzinnym gronie (w kulminacyjnym momencie 21 osób)
rekompensatą była radość moich dzieci i kulminacyjne wydarzenie - Mikołaj osobiście przyszedł do domku Majeczki i Juleczki :o)
Zaraz po Nowym Roku wyruszyliśmy na narty i znowu nie było głowy do pisania :o) a w dzień wyjazdu na narty nastała wielkopomna chwila finalnego pożegnania ze smoczkami - dziewczynki zostawiły je kotkom.;o) poszło zaskakująco gładko i bezboleśnie.
Po nartach wpadliśmy w marazm normalnych dni, szarej codzienności i tak trwaliśmy aż do wiosennego przebudzenia.
A przebudziło nas dosć mocno - najpierw mocna infekcja u obydwu dziewczynek - nie obyło się bez antybiotyku (pierwszy raz w życiu obydwie mocno gorączkowały, Maja do ponad 40*) a potem tygodniowa walka z bardzo silną reakcją alergiczną na antybiotyk u Julki :o( o malo nie skończyło się szpitalem :o(
1 komentarz:
O rany, ta wysypka przerażająca...
No i piszcie częściej :)
Prześlij komentarz